Teksty

Starzeniec

Nad brzegami Białej Przemszy

Na Podolu biały kamień,
Podolanka siedzi na nim.
Przyszedł do niej Starzeniec
Pytał się jej o wieniec.

Idź do sadu wiśniowego
Znaleź zwierza zielonego,
Ugotuj go miękusieńko,
Posiekaj go drobniusieńko.

Jak pojedzie brat z lewicy,
Daj mu wypić we szklanicy.
Brat pije, z konia leci;
Pamiętaj siostro na me dzieci.
Jakby ja na twoje dzieci pamiętała,
Toby ja cię nie zabijała.


Nad stawem

Nad brzegami Białej Przemszy

Szedł chłop koło stawu, Płanetników spotkał,
Byli czarni okropnie a było ich w bród,
Znał ich z opowiadań, jak mówiła plotka
Oni dmuchając w wodę, zmieniali ją w lód.

Jak wody nabrali, obłoki do nieba
Hen ich zabierały i znikali tam.
Jeden nie mógł dźwignąć lodu jak potrzeba
Więc poprosił chłopa ?pomóż że ty nam?

Więc chłop im pomagał nieść ten lód do góry
I tak się zorientował i po chwili zgadł:
Płanetnicy tworzą i ganiają chmury,
A więc z tego są deszcze, ulewy i grad.

Jeden z Płanetników wyjawił mu skrycie,
By świętą leszczynę zatknął w zboża łan,
Pole mu ominie wtenczas gradobicie?
Tak to przewidywał Płanetników plan.

Gdy innym uprawy grad zniszczył doszczętnie,
To jego czarownikiem okrzyknęła wieś.
I musiał ze strachu chłop kląć się niechętnie
Że Płanetników widział tam nad stawem, gdzieś.


Zmora

Nad brzegami Białej Przemszy

Jeden krawiec pilnie szył
Bo robota ważna była
Szył już długo, późna noc,
Aż znużony zasnął miło
Wtem obudził krawca
Straszny koci wrzask,
Gdzieś pod domem w nocy,
Zanim nastał brzask.

Żal mu bardzo się zrobiło
Słysząc kocią krzywdę tą.
Wpuścił więc kota do izby,
W ciepły domu swego kąt.
Po czym znowu dopadł
Krawca mocny sen,
Jednak we śnie czuje
Jak coś dusi dech.

Krawiec oczy otwiera
Bo tchu złapać nie mógł już
Na nim siedzi zmora,
Ssie krew jego, szyję ściska.
Naraz znowu zmora
W kota zmienia się
I próbuje uciec,
Drapie i szarpie.

Rozgniewany bardzo krawiec
Chwycił kota za nogę
I jak szarpnął ? całkiem wyrwał,
A kot zniknął za progiem.
Następnego dnia
Nastała nowina
Baba z wsi tej samej
Nogę straciła.


Na zielonym sznurze

Nad brzegami Białej Przemszy

A w zielonym lesie
Diabeł babę niesie
W czerwonym kapturze
Na zielonym sznurze


Graj zbójnico

Nad brzegami Białej Przemszy

Graj zbójnico graj,
Tyści mnie to ty zabiła
I nóż we mnie utopiła,
Graj zbójnico graj.


Jak będę umierać

Nad brzegami Białej Przemszy

Jak będę umierać
Każę sobie zagrać.
Jakże się tu będzie
Z tego świata zabrać?


A grobie mój, grobie,
Trzeba leżeć w tobie,
Trzeba leżeć wiecznie,
Bo każą koniecznie.


A jak ci ja umrę,
Dusza moja wstanie.
Jak ci ja usłyszę
Z tych ziem naszych granie


W południe

Nad brzegami Białej Przemszy

W południe kosić wyszedł chłop,
Dojrzała już pszenica,
Jakaś kobieta woła stop!
To była Południca

Wyrwała kosę mu i już
Chce głowę ściąć paskudnie
I woła: chamie kosić zbóż
Nie wolno ci w południe!

Godzinę z jędzą krzepki chłop
Walczył o swoje życie,
A o trzynastej pierzchło zło,
Odpędził Południcę.

Nie miał pożytku z kosy, nie
Choć wiedźmie ją odebrał,
Bo gdzie dotknęła, było źle
Na ostrzu była szczerba.

Więc nową kosę kupił, lecz
Niepotrzebnie się z nią trudził.
Noc jeszcze przeszła, jednak chłop
Nazajutrz się już nie obudził?


Boginki

Nad brzegami Białej Przemszy

Hej tam pod lasem
Boginek cienie

Pewna baba już miała urodzić
Zła Boginka, duch, który moc posiadł,
Porwać dziecko pragnęła, jak złodziej
Mówi zza drzwi że ona kumosia.

Głupia baba swe drzwi otworzyła
A Bogienki co stały za oknem,
Pochwyciły ją wredne i siłą
Hen włóczyły przez bagna okropne.

Przerażona zaczyna już płakać
Ale cała w strachu i w nerwach
Uchwyciła jakiegoś się krzaka,
Że jej wiedźmy nie mogły oderwać.

Przy tym krzaku wiec ją zostawiły,
Bo kurczowo już baba aż zgięta.
Opuściły niebogę już siły,
I na wieki zamknęła oczęta.

Się zdarzenie skończyło niemiło
Uchwyt baby był chwacki i dumny,
Że wykopać ten krzak trzeba było
Razem z nim ją włożono do trumny.


Za wsią w leśnej dziczy

Nad brzegami Białej Przemszy

Za wsią w leśnej dziczy
Umarł chłop - leśniczy
Nie powiedział żonie
Że sam jest strzygoniem.

Żona go po zgonie
Złożyła na słomie
Lico zimne, zbladłe,
Przykryła prześcieradłem.

Naraz pies zaczyna
Warczeć, toczyć ślinę.
Aż tu chłop bez duszy,
W słomie się poruszył

I tak wstaje z leża,
Zdusić psa zamierza,
Ten za oknem znika-
Tak śmierci unika.

Żona dziecko wzięła
W komorze się zamknęła,
Strzygoń się dobija
Lecz wejść nie zdoła nijak.

Wziął więc drugie dziecko,
Z kołyski przy piecku,
I malca biednego
Rozszarpał całego.

Wtem głosy u doma
Zmusiły strzygonia
By zaległ bez ruchu
Na słomie w zaduchu.

Ludzie wszyscy wchodzą,
Wkoło wzrokiem wodzą.
Dziecię martwe, płacz w komorze,
Domostwo w rumorze.

Więc drzwi wywarzyli
Żywe dziecko kwili
Żona we łzach cała
Blada i struchlała.

Już strzygonia każą
Położyć w dół twarzą,
Wraz z kartką z imieniem
Daną w podniebienie.

I jeszcze łopatą
W plecy biją za to,
By już z trumny nie wstał
By w grobie pozostał.


Dziewczyna utopcowa

Nad brzegami Białej Przemszy

Żyła niegdyś panna miła
Ogromnie tańce lubiła
Urodziwa była owa,
dziewczyna utopcowa


Choć hulali z nią parobcy,
Wychodziła o północy,
Do domu wracać gotowa
dziewczyna utopcowa


Raz do świtu, chłopcy śmiali,
Na tańcach ją zatrzymali,
Wiedzieć chcą jak się zachowa
dziewczyna utopcowa


Chłopca co miał wdzięku sporo,
Sprowadziła nad jezioro,
Tam mu rzecze takie słowa
dziewczyna utopcowa


"Patrz na wodę, co urzeka,
jak zakrwawi się, uciekaj!"
I w jeziorze już się chowa
dziewczyna utopcowa


Woda nie poczerwieniła,
Wyszła z głębin panna miła.
Wielce jego oczarować
dziewczyna utopcowa


W toń jeziora chłopca tego
do Utopca - ojca swego
Wprowadziła białogłowa,
dziewczyna utopcowa


Topielec

Nad brzegami Białej Przemszy

Jeden chłop co był topielec
Do rzeźnika poszedł aby
Na posiłek mięso nabyć
Pokazuje rzeźnikowi
W którym miejscu uciąć mięso
Chłopu ręce się aż trzęsą

Razem z mięsem ciął dwa palce
Twarz topielca sina, blada
Do rzeźnika tak powiada
Za to coś mi zrobił chłopie
Kiedykolwiek cię utopię!
Wiedz że wnet cię śmierć nie minie

Rzeźnik groźbą przestraszony
Bardzo się wystrzegał wody
Bo ku temu miał powody
Raz był z żoną na biesiadzie
Kiedy już się ubawili,
W domy czas, już się zmęczyli.

Nagle pić mu się zachciało
W sieni zaś naczynie stało
Beczka pełna zimnej wody
Tam topielec już czatował
Złapał chłopa, zbiornik duży,
Głową na dół go zanurzył

Patrzy żona, z beczki nogi.
Chłop nie żyje, smutku wiele.
Tak to zemścił się topielec.


Oj śmierć moja

Po drugiej stronie mgły

Oj śmierć moja śmierć moja, nie bierz że ty mnie jeszcze,

Oj niech że se upatrzę, da na cmentarzu miejsce.

Oj toruj że mi toruj, da dróżeczkę od pola,

Oj którędy chodziła, da kochaneczka moja.


Do jeziora

Po drugiej stronie mgły

Tam w jodłowym borze, w głębokim jeziorze
Piękna rybka pływa:
Oj nie rybka, nie rybka w jezioreczku pływa
Lecz oczarowana panna nieszczęśliwa.
Oj upleć mi siostro, siostro ukochana
Z jedwabiu siateczkę, z jedwabiu cienkiego.
Z jedwabiu siateczkę, z jedwabiu cienkiego,
Pobiegnę i rybkę łowić siatką będę.

Słoneczko wzejdzie, słoneczko się schowa,
Do sianka moja nie przylegnie głowa;
W nocy świecić mi będzie księżyca łuczywo,
Nie wrócę, nie wrócę, chyba z rybką żywą.

Płakała siostra, mateczka płakała,
Jakby osiny listek drżąca stała;
Nie słuchał chłopak, nie słuchał nikogo,
Do jeziora pobiegł drogą.

Słoneczko wstaje, słoneczko zachodzi,
Do siostry, do matki, syn jej nie przychodzi;
Oj nie przyjdzie, nie przyjdzie, nikt go już nie zoczy,
Szczupak mu wyżera oczy?


Bies

Po drugiej stronie mgły

Miedzą dziewki szły wesołe,
Popijały z dzieży smołę;
Młodzi chłopcy szli granicą,
Pili miód szklanicą.
Chłopcy borem szli szumiącym,
Rozmawiali z wszechmogącym,
Szły dziewczęta czarnym lasem,
Z chichotami i z hałasem.
Szły i chichotały, z biesem rozmawiały?


Wodnica

Po drugiej stronie mgły

Jedzie młodzian jedzie, po kwiecistej smudze,
A dziewczyna dzbanem czerpie wodę w strudze.
"Dziewczyno, dziewczyno, podaj że mi wody
Dajże ucałować prześliczne jagody".
A dziewczę ucieka po kwiecistej smudze.
"Koniku, koniku, zaplotę ci grzywę
Jeżeli dogonisz dziewczę urodziwe;
Koniku, koniku, złotem cię podkuję,
Jeżeli dziewczęcia oczko pocałuję".
I konik dał susa a dziewczę drugiego,
I zaraz już było pół mili od niego.
A młodzian pogania, a dziewczę się śmieje
I pierzcha ucieka jak sarna przez knieje.
I przybiega nad brzeg jeziora modrego:

"Pójdźże chłopcze ze mną, do miękkiej pościeli,
Pójdźże chłopcze ze mną, do wodnej topieli."

I przeląkł się młodzian dziewczęcia - wodnicy,
Chciał uciekać, lecz się wplątał w rogoziny.
Wodnica go ciągnie na głębie, topiele,
I z mułu mu na dnie miękkie łoże ściele.
A konik sam wrócił przed chatę ojcową,
Rży i grzebie nogą z pochyloną głową.

"Pójdźże stary ojcze, na weselne gody,
Syn się wasz ożenił, wziął jeziorne wody"
W posag od dziewczyny: Oj tam mu wesoło,
Szczupaki całują urodziwe czoło.
Oj tam mu wesoło, fale przygrywają,
Łechcą go pod boki i o pierś pluskają.


Przyszedł Kupała

Po drugiej stronie mgły

Przyszedł nam Kupała, przyniósł wody dzban,

Przez parkan wiedźmę, bies rzucał na łan.

Kupalnej nocy bies do sztuk ochoczy,

Łakomej mleka wiedźmie wydarł oczy.


Powiedz Słońce

Po drugiej stronie mgły

Tam sta mężów setne głosy
Grzmią po górach, grzmią po lesie,
Z wyżyn słuchają niebiosy,
Co tak huczy, co tak grzmi?
Wicher wyje ? jeźdźców płacze,
Pędzą bez jeźdźców rumaki,
W skrzepłej broczą krwi kulbaki,
Jako dęby mężów młodych.

- Z nieba szczytu powiedz Słońce!
Stamtąd widzisz świata krańce,
Czy mój gromi mąż pohańce,
Jego rozkazy słyszysz tam grzmiące?
Z nieba szczytu powiedz Słońce,
Czy mego syna śmierć nie skosiła,
Czy brodzi mieczem we krwi pohańców,
I zdziera łupy i pędzi brańców?

- Powróć dziedziczko Litwy,
Mdłości łzami płakać ci!
Wdowąś księżno ty!
Zwyciężca rąbiąc orężem,
Nie miał litości nad twoim mężem;
Wydarł mu język, wyłupił oczy,
Niebo się mroczy,
Patrząc na mękę męża twojego.

Powróć dziedziczko Litwy,
Mdłości łzami płakać ci!
Syna twego tracisz ty!
W zażartej polu bitwy
Zwyciężca pojmał syna twojego;
Stawia mu szubienicę i drwi i szydzi.
Pojrzał syn w koło: swoich nie widzi,
Wszyscy runęli trupami!
Oj ciężko wam, krwawo było z pohańcami.


Śpiewaj siostrzyczko

Po drugiej stronie mgły

Śpiewaj siostrzyczko czemu nie śpiewasz,
Śpiewaj siostrzyczko czemu nie śpiewasz?
Czemu na rączki białe czoło chylisz zsępiałe?

Jakże mnie śpiewać, jak się weselić,
Jakże mnie śpiewać, jak się weselić,
Kiedy szkoda w ogrodzie w mej zielonej zagrodzie?

Ruty zdeptane, róże zerwane
Ruty zdeptane, róże zerwane
I lilije pomięte, rosy krople zstrząśniete.

Jakże mnie śpiewać, jak się weselić,
Jakże mnie śpiewać, jak się weselić,
Po takiej wielkiej szkodzie w zielonym mym ogrodzie?

Czy północ wieje czy rzeka wzbiera,
Czy północ wieje czy rzeka wzbiera?
Czy Perkun grzmi gromami, bije błyskawicami?

Nie północ wieje nie rzeka wzbiera,
Nie północ wieje nie rzeka wzbiera,
Nie Perkun grzmi gromami, bije błyskawicami.

Męże brodaci, męże zza morza,
Męże brodaci, męże zza morza,
Do brzegu przypłynęli, do sadu mi wlecieli.

Ruty zdeptali róże zerwali
Ruty zdeptali róże zerwali,
I liliję pomięli, roseczkę otrząsnęli:

Och i ja sama ledwom się skryła,
Och i ja sama ledwom się skryła,
Pod ruty gałązkami, pod czarnemi wiankami!


Gdy na morzach drzewa

Po drugiej stronie mgły

Dziś ałus pijemy, jutro wyciągniemy
Na Węgrów posady.
Kędy rzeki wina, kędy jabłka złote
A bory ? to sady.
Co robić będziemy, na tej Węgrów ziemi?
Miasto zbudujemy z diamentów kamieni
Z oknami słonecznemi.
A kiedy wrócimy z tej węgierskiej ziemi?
Kiedy pień zaśpiewa, zazielenią głazy,
I na morzach drzewa.


Burza poniosła

Po drugiej stronie mgły

Na morzu Słońce igrało,
W głębi wód się przeglądało.
Tatiana tam przybiega,
Czerpnie wody, patrzy na dnie,
Pośliźnie się w morze wpadnie;
Tonie, krzyk jej się rozlega:
Ojcze ratuj nieszczęśliwą!
Ojcze ratuj nieszczęśliwą!
Na brzeg ojciec biegnie żywo,
Lecz ni czółna, ani wiosła,
W chwili burza je poniosła.


Oj lata jastrząb

Po drugiej stronie mgły

Oj lata jastrząb lata za niemeńskie wody,
I przyjeżdżał, przybiegał do niej chłopak młody.

I na dębie siadł jastrząb a strzelec go zabił,
I chłopca jej młodego innej głos przywabił.

A pani jastrzębiowa za swojego syna,
Szponami się do piersi myśliwca przypina.

"Oj pójdę ja do lasu i urwę krzewinę,
Napoju ugotuję i struję zdrajczynię.

Niech chłopca kochanego drugiej nie odbiera
Niech sama jedna w świrnie z trucizny umiera!"


Kasztelanka

Po drugiej stronie mgły

Malowana szklanka, jedzie kasztelanka,
Za nią Kasztelanic od warszawskich granic.

Kasztelanic wzdycha, panna się uśmiecha,
Jechali we dwoje, jechali oboje.

Aże tu zza krzaka ujrzą wilkołaka,
Panna się nastroszyła
na murawkę wywróciła,
Kasztelanic także
A jakże! A jakże!


Ruta w ogniu trzeszczy

Po drugiej stronie mgły

Niechaj ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica z złości wrzeszczy,
Niech bylicy gałąź pęka,
Czarownica próżno stęka.

Myśmy tu przyszli z daleka,
Popalili zioła święte:
Nie zabiorą nam już mleka
Czarownice przeklęte.

Spokojnie nam ogień świeci,
I ziółeczko każde tleje,
Oj nie pomrą nasze dzieci,
Oj nie będzie swarn doma.


Pieśń wojów Bolesława

Zimowe Staniesłońca

Ojcom naszym wystarczały, ryby słone i cuchnące
My po świeże przybywamy, w oceanie pluskające.

Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza, ni szum groźny morskiej fali.

Ojce nasi na jelenie, urządzali polowanie,
A my skarby i potwory, łowim skryte w oceanie.


Luta Żmija

Zimowe Staniesłońca

Zieleń, zieleń bujny owies, hej ło łom
Czym bujniejszy tym zieleńszy.
A w tym owsie siwy kamień, hej ło łom
Na kamieniu luta żmija.
Kędy jedzie chłopiec młody, hej ło łom
Chciał on tę żmiję porąbać.
Ona jego pięknie prosi, hej ło łom
O mój chłopcze nie rąb że mnie.
Stanę ja ci się w przygodzie, hej ło łom
Weźmiesz żonę za wodami.
Za bystremi Dunajami, hej ło łom,
A ja tobie ją przeniosę.
I trzewiczka nie umoczę, hej ło łom
I sukienki nie uroszę.


Do wojny

Zimowe Staniesłońca

Ja jadę do wojny szabliczką błyskam,
Przyjrzyj się ma miła jak z konia padam

Żaden nie uwierzy ani ojciec mój,
Jaki porąbany, jaki posiekany ten koniczek mój.

Żaden nie uwierzy ani matka ma,
Jaka porąbana jaka posiekana ta moja głowa.

Żaden nie uwierzy jaki pogrzeb mój,
W dzwony dzwonienie, z gwerów strzelanie, wykopany dół.


Do tatarskiej ziemi

Zimowe Staniesłońca

Rabują Tatarzy w jażdowieckim zamku,
Nic w nim nie znaleźli jak jedno pacholę.
Powiedz nam pachole w której że to wierzy,
Gdzie pan z panią leży, oj gdzie leży.

Nie śmiem wam powiadać, dałby mnie pan ściąć.

Nie bój się pachole, weźmiemy cię z sobą,
Do tatarskiej ziemi, tatarskiej ziemi.

A pan z panią leży na najwyższej wierzy,
Pierwszy raz to strzychli nic nie urobili,
Drugi raz to strzychli wnet pana zabili
Trzeci raz to strzychli panią z sobą wzięli.

Jak idą tak idą przez łąki zielone,
Przez łąki zielone za mury zczernione.
Obejrzyj się pani na swe smutne mury,
Obejrzyj się pani na smutne mury.

Mury moje mury co oczerniewiacie,
Co oczerniewiacie że pana nie macie.
Pana wam zabili, panią z sobą wzięli,
Do wiecznej niewoli do tatarskiej ziemi.


Hej wojaku wojaku

Zimowe Staniesłońca

Hej wojaku wojaku,
Na zielonej łące,
Czemu żeś się nie bronił,
Gdyś miał szable w ręce?

Jaku żem się bronić miał,
Rękę mi ucięli.
I bronnego konika
Pode mną zabili.


Kruszwica

Zimowe Staniesłońca

A czy widzisz ty Kruszwicę?
A dyć to Piasto stolicę.
Toć to on tam królem bywał,
Da po Gople zawsze pływał.
A jak przyszły postrzyżyny,
Zaprosił na miód do siebie.
Oj tam chłopaki, dziewczyny,
Da hulały w tej potrzebie.


Dziewczyna się budzi

Zimowe Staniesłońca

Dziewczyna się budzi widzi myśliwego
I mówi w prostocie niewinnej do niego:
Cóż to za przyczyna, cóż to za przyczyna,
Jam nie wilk, nie liszka tylko dziewczyna.

Dziewczyno kochana spodobanie w tobie,
Pozwól mi się zbliżyć ku twojej osobie.
Idź ty precz oj idź precz, nie bądź ty mym katem
Bo bym oznajmiła to przed całym światem.

Mam ja kulę złotą i tę dałbym tobie,
Gdybyś mnie przyjęła ku twojej osobie.
Idź ty precz oj idź precz nie proś ty mnie o to,
Milsza jest mi cnota niźli twoje złoto.

Mam ja i dijament i ten dałbym tobie,
Gdybyś mnie przyjęła ku twojej osobie.
Idź ty precz oj idź precz powiem ja każdemu
Jakbyś był przyczyną smutkowi mojemu.

Bądź zdrowa dziewczyno spodobanie w tobie,
Gdyż nie chcesz pozwolić ku twojej osobie.
Poluj zdrów ach poluj tak jakeś polował,
A takie zwierzątka juźli nie znajdował.


Pożegnanie

Zimowe Staniesłońca

Czyliż ojczyzny nie kochasz o luba,
Że mi iść bronisz pierś nadstawiać za nię?
Czyliże nie wiesz jak wielka to chluba,
I jak jest słodkie na placu skonanie?

Alboż tak ufasz męstwu memu mało,
Że się ja strzałą nie zdołam odwinąć,
Że bić nie zdołam nieprzyjaciół śmiało
Lub ich zwyciężyć lub z honorem zginąć?

Wrócę li wrócę z zwycięstwem a tobie,
Nie miłoż będzie mię oglądać w chwale?
Lub gdy nie wrócę wiedz żem poległ w grobie,
Lecz pomnij na to żem poległ wspaniale.

Żal że Ci będzie żeś mą lubą była,
Gdyć rzekną ?poległ dla ojczyzny sławy??
lub czyż się ze mnie nie będziesz pyszniła,
Na głos ?twój luby był wojownik żwawy??

Jeszczem na względy nie zasłużył twoje,
Czegoż kosztowne, twe nie warte wdzięki?
Pójdę na wojnę ty przywdziej mi zbroję,
A wnet pokażę żem twojej wart ręki.

Bądź zdrowa luba i daj chustkę twoją,
Nią otrę czoło z wojennego potu,
Pod nią się prędko rany moje zgoją,
Będę do ciebie pisywał z namiotu.


Oławo Oławo

Zimowe Staniesłońca

Oławo, Oławo, ty nasza dziedzino,
Dwoje ślicznych dziatek do turek zajęli.
Zajęli braciszka, zajęli siostrzyczkę
Miłe mocne Bogi, zajęli siostrzyczkę.

A braciszka dali do ciemnej piwnicy,
A siostrzyczkę dali do jasnej świetlicy.
Siedem lat tam była, złotem, srebrem szyła,
A na ósmy roczek śnił ci jej się śniczek.

Śnił ci jej się śniczek, że umarł braciszek,
Śnił ci jej się drugi że jest jeszcze żywy.
Tak bardzo płakała, rękami łamała,
Miłe mocne Bogi, rękami łamała.

I dostała klucze od ciemnej ciemnicy,
Miłe mocne Bogi, od ciemnej ciemnicy.
Ciemnicę otwarła na brata zawołała:
Żywyś bracie żywy, alboś już umarły?

Żywych siostro żywy, po kolana zgięty,
Miłe mocne Bogi po kolana zgięty.
W moich białych włosach myszy gniazda mają,
Moje czarne oczy gady wyjadają.

Wzięła go za rękę i przecz wędrowała,
Od wsiczki do wsiczki aż do swej maciczki.
Gdy do matki przyszła o nocleg prosiła
Miłe mocne Bogi, o nocleg prosiła.

?Małą świetlicę mam, dla czeladki ją mam,
Idźcie do stodoliska, na zgniłe snopczyska.?
Gdy do stodoły przyszła, tak bardzo płakała,
Miłe mocne Bogi, matka nas nie poznała.

A małe pachole bieży ku stodole,
Ten głos usłyszało, matce powiedziało:
Moja miła matko miałoch ja braciszka,
Miałoch ja braciszka albo i siostrzyczkę?

Miałoś dziecię miało, aleś ich nie znało,
Miłe mocne Bogi, aleś ich nie znało.
A nie są to oni ? ci podróżni ludzie,
Miłe mocne Bogi, ci podróżni ludzie?

Do stodoły poszła, rękami łamała,
Miłe mocne Bogi, ja was nie poznała!
Choćbych ja wiedziała żeście moje dzieci,
Nocowałabych was w tej nowej świetlicy.


Tam za grodem

Zimowe Staniesłońca

Tam za grodem - gdzie Piastów wielki sen w ziemi tej swój początek wziął
Tam jeziora toń, żywej wody woń co magicznie spowiła mgła
W tafli wody tej czystej niczym łza starodawnych obrazów moc
Swarożyca blask i Peruna trzask błyskawicy rzuconej w dal
I Welesa magiczne oczy lśnią kiedy z Nawii wyłania się
I Jaryły kłos i sędziwy głos starych dębów gdzie duchów dom
W świętym gaju gdzie żerca wróżby tka przy obliczu Świętowita
I Dadźboga sny i Mokoszy łzy, co opadły na leśne mchy
Od północy Trygława posąg trwa, na połabskich polach krew
I Kupały zew i Pochwista dech, co rozrzuca korony drzew
I Boginki tańczące pośród brzóz przy muzyce i śpiewie trzcin
Wstaje nowy dzień, Swarga rzuca cień, Dolia dalej będzie tkać.


Pieśń Bojana

Zimowe Staniesłońca

Głód, powietrze, ogień, woda
I wszelaka zła przygoda
Będą temu, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!

Zwierz drapieżny do obory
Między stada czarne mory
Wejdą temu, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!

Chorobą się rozniemoże
I boleści twarde łoże
Zwiąże tego, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!

A gdy skona, garści ziemi,
Gdzie by spoczął kośćmi swemi,
Nie dostanie, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!

Marnie zginie!...Wiatr rozmiecie
Prochy jego po wszym świecie -
Marni zginie, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!


Przyjechali Uzarowie

Jarowoj

Przyjechali Uzarowie z wojny
I pytali się gospody spokojnej,
I znaleźli gospodę spokojną
I Pytają o dziewczynę stroją.

Czyście ji tam nie widzieli w polu?
- wybiera pszeniczkę z drobnego kąkolu
Widzielim, widzielim na jej głowie wianek
Tak się świecił jak krakowski zamek.

Trzeba by tam sto uzarów posłać,
ażeby można tej dziewczyny dostać.
Jedni by tam z matuchną gadali,
Drudzy by córusię namawiali.

Cóż wy zrobicie choć me namówicie?
Iżeli nie będzie sześć koni w karycie,
Iżeli nie będzie lokaj w jaksamicie,
Iżeli nie będzie w pojeździe obicie,
Iżeli nie będą panny do ubioru,
Iżeli nie będą układać papioru,
Iżeli nie będzie muzyka do grania
Iżeli nie będą chłopcy do skakania.


Hułan

Jarowoj

Jedzie Hułan lasem, krzyknie sobie czasem
Idzie piechur bokiem potrząsa tłomokiem
Hułany panięta pojedli cielęta,
A Piechury rury ? noszą po nich skóry.

Wstąpił sobie Hułan na szklaneczkę miodu,
Sięgnął do kieszeni- pieniędzy jak lodu.
Wstąpił sobie Piechur na szklaneczkę piwa,
Sięgnął do kieszeni a pieniędzy nie ma.


Pieśń o Mazurach

Jarowoj

Mazurowie mili gdzieście się popili?
W Warce na gorzałce, w Czersku na złem piwsku,
Jechali przez pole złamali dwie kole.

Mazowiecki kaftan zgoninami natkan,
Co się Mazur ruszy z kaftana się kruszy,
Więc wąsy odyma, rohatynę trzyma.

Mazurowie naszy po jaglanej kaszy,
Słone wąsy mają piwem je zmywają.
Skoro se popiją wnet chłopa zabiją,
Szarszan zardzewiały z poszew opadały.

Chociaż w piasku brodzą, lecz ostrożnie chodzą.
Znaj, Polaku, pany - śmiałe Mazowszany:
Gotowi do boju w zwadzie i w pokoju,
A nie wiele mierząc, śmiejąc się uderzą.


Lech

Jarowoj

Mężny Słowianin Lech ? on w kraj wjechawszy,
Drużynie swojej, szlachcie rol rozdawszy,
Rozszerzał z niemi włość wszerz, wzdłuż, szeroko,
Gdzie zajrzeć mogło w który kraj ich oko.
Na końcu mieczów granice swe mając,
A nieprzyjaznym placu dostawając.
Z czego po dziś dzień cny Polanin sławny
Spaniały umysł mając w sobie dawny.
Potkać się w boju ? rzecz to jemu miła,
Chęć pogotowiu jest serce, jest siła.
Nie długo czekać, ledwie co lat minie,
Gdy zdradna siła od Polanów zginie!


Sokół siwy

Jarowoj

Hej tam za ciemnym borem,
Hej za białym jeziorem,
Hej siedzi sokół siwy
Hej opowiada dziwy

Hej bili się tam długo
Hej krew płynęła strugą
Hej rolę poorali
Hej strzałami zasiali.


Wizimir wnuk Lechów

Jarowoj

Nie wydał i ten cnych przodków Słowiańskich
W męstwie, dostając sławy w grunciech Dańskich.
Podchodząc morzem pod królewskie boki.
A jego myląc buczno-stąpe kroki.
Nie oparł się król nieprzyjazny nigdy,
Choć mocą chciał się pomścić swojej krzywdy.
Hołd dawać musiał Duńczyk bardzo szumny,
Nie zapomógł go umysł jego dumny.
Tak zuchwalce skracał, a z pokornemi
W pokoju mieszkał nie wzgardzając niemi.
Nie zostawiwszy potomka żadnego,
Umarł cnót pełen i męstwa sławnego.


Z wojny

Jarowoj

Jedzie, jedzie rycerz zbrojny,
Już powraca z krwawej wojny,
Suknia na nim krwią zbroczona
Szabla jego wyszczerbiona

I wita go ojciec stary
Siostry niosą bratu dary
Bracia wszyscy go witali
Sąsiedzi się radowali

Matko moja wyjdź do syna
Jak szczęśliwa to godzina
Niech uściskam twoje nogi
Przywitajże syna z drogi

Jakże ja mam wyjść do ciebie
Gdy po moim już pogrzebie
Pokój mi w ziemi zrobiony
Kamieniami wyłożony.

Wiecznie będę żył w żałobie
Gdy mateczka moja w grobie
Z ukrainy rycerz zbrojny
Już nie wrócę nigdy z wojny.


Ballada o Wandzie

Jarowoj

Wanda swych przodków sercem nie wydała,
Choć płeć panieńską i też postać miała,
Bo jako rycerz cny pysznostąpego,
Gromiła Niemca bronią opatrznego.
Gwałt tedy gwałtem odpędziwszy zbrojnie,
Państwo szczęśliwie rządząc i przystojnie.
Czystość panieńską Bogom poślubiwszy,
A wrzącym wirom wiślanym poruczywszy
Ciało swe: z mostu skoczyła do wody,
Dla sławy wiecznej nabyła tej szkody.
Często nam sławo koniec taki wodzisz,
Gdy bojaźń śmierci z oczu nam odwodzisz.


Przyszła z Polski nowina

Niesiem plon

Przyszła z Polski nowina
Pani pana zabiła
Pani pana zabiła
W ogrodzie go złożyła
Rutki tam posadziła
Rutki tam posadziła
Rośnij rutko wysoko, wysoko, wysoko
Pod okienkiem hej, pod okienkiem głęboko

Rutka okna sięgała
Pani pana płakała,
Pani pana płakała
Wyjrzyj dziewko w czarny las
Czy tu jedzie kto do nas
Czy tu jedzie kto do nas
Jadą tutaj panowie, panowie, panowie
Nieboszczyka hej, nieboszczyka bratowie

Przyjechali pod wrota
Pytali się o brata
Pytali się o brata
My z wojenki jedziemy
O bracie nic nie wiemy
O bracie nic nie wiemy
Sama nie wiem gdzie się dział, gdzie się dział, gdzie się dział
Na wojenkę hej, na wojenkę jechać miał

A coż tutaj tyle krwie
Na skrzewiczku na nozie
Na skrzewiczku na nozie
Cóż to za krew na sieni
Na chusteczce w kieszeni
Na chusteczce w kieszeni
Dziewka kury rzezała, rzezała, rzezała
Krewka ją hej, krewka ją popraskała

Wsiadaj wsiadaj na brykę
Jedźmy w strony dalekie
Pojechali za lase
I tam darli z niej pase
Wsiadaj wsiadaj na brykę
Jedźmy w strony dalekie
Pojechali za lase
I tam darli z niej pase


Wędrowali Rusy

Niesiem plon

Wędrowali Rusy, trzy szwarni karlusy,
Wędrowali lasem, kalinowym lasem.
Nadeszli tam drzewo, drzewo jaworowe.
Ciął pierwszy do niego - drzewo zasiniało.
Ciął drugi do niego - drzewo zakrwawiło,
Ciął trzeci do niego - drzewo przemówiło:
Nie jestem ja drzewo, drzewo jaworowe,
Jenoch jest dzieweczka z małego miasteczka.
Matka mnie przeklęła, jeszczech mała była.
Weźcie wy mnie weźcie do dom mnie zanieście.
Postawcie mnie u drzwi aż mnie matka ujrzy,
Postawcie mnie w sieni, w sieni za dźwierzami.
Jak mnie matka ujrzy uboleje się łzami,
Uboleje się łzami jak róża kwieciami.


Plon niesiemy plon

Niesiem plon

Plon niesiemy, niesiemy plon
W gospodarza, w gospodarza dom
Żeby dobrze plonowało, po sto korcy z kopy dało

Otwierajcie szeroko wrota
otwierajcie szeroko wrota
bo już skończona, bo już skończona
w polu robota

Plon niesiemy, niesiemy plon
W gospodarza, w gospodarza dom
Żeby dobrze plonowało, po sto korcy z kopy dało

Otwierajcie wszystkie wierzeje
otwierajcie wszystkie wierzeje
bo już pszenica, bo już pszenica
w polu nie wieje

Plon niesiemy, niesiemy plon
W gospodarza, w gospodarza dom
Żeby dobrze plonowało, po sto korcy z kopy dało


Dąb

Niesiem plon

Dąbrowa, dębina, wiatr szumieć zaczyna, gałęzie wygina.
Dąb, dąb stoi dąb.
Stoi dąb, stoi dąb, nic go nie ruszy stąd, niezłomny wytrwały
Jak kamienne skały.
Idzie wiatr dziki wiatr, dopadł las minął las, Wszystkie drzewa powalene.
Ale nie dębowe.
Nie jednej burzy zew zniszczyć chciał króla drzew, choć w posadach drżał,
Dalej twardo stał.
Wiatr czy deszcz, śnieg czy mróz, stoi dąb lasu stróż, wielka w dębie siła,
Która go stworzyła.
Idzie drwal odważny z toporem żelaznym, chciał go ściąć zamach wziął,
Runął sam, stoi dąb.
Hej drwalu odważny, nie byłeś rozważny, wysoko mierzyłeś.
Ale się przeliczyłeś.
Twój topór złamany, krew sączy się z rany, pamiętaj mój drogi
Silniejsze są Bogi.


Pod Kamieńcem

Niesiem plon

Pod Kamieńcem, pod Podolskim, stoi Turek ze swym wojskiem
Stoi, stoi i wojuje, więcej wojska potrzebuje.
I wysłała matka syna na wojenkę do Turczyna
I wysłała siostra brata na wojenkę na trzy lata.

Minął roczek drugi mija mego brata ni ma ni ma,
Pyta siostra najstarszego ? czyś nie widział brata mego?
Widziałem go w czystym polu, trzymał główkę na kąkolu
Konik jego wedle niego grzebie nóżką żałuje go.

I wygrzebał po kolana tak żałuje swego pana,
Kiedy ten pan na mnie siadał to ja goły owies jadał
Teraz nie mam garstki sieczki stoję we krwi po kosteczki
Teraz nie mam garstki słomy rozdziobią mnie kruki, wrony.


Zasiałam ja ruty

Niesiem plon

Zasiałam, ja jarej ruty w nowym ogrodzie,
Hej hej, mocne Bogi, w nowym ogrodzie.
Uwiję ja parę wieńców puszczę po wodzie,
Hej, hej mocne Bogi puszczę po wodzie.
Tamtą stroną jezioreczka jadą wojowie,
Hej hej, mocne Bogi jadą wojowie.
Puszczę, puszczę swój wianuszek, puszczę po wodzie,
Hej hej, mocne Bogi puszczę po wodzie.

Jeden mówi do drugiego - wianuszek płynie,
Hej hej, mocne Bogi wianuszek płynie.
Drugi mówi do trzeciego - panienka tonie,
Hej hej, mocne Bogi panienka tonie.
Trzeci mówi do czwartego - ja pójdę po nie,
Hej hej, mocne Bogi ja pójdę po nie.
Hej jak skoczył suknię zmoczył i sam utonął,
Hej hej, mocne Bogi i sam utonął.

Oj idźże ty kary koniu z siodłem do domu,
Hej hej, mocne Bogi z siodłem do domu.
Nie powiadaj kary koniu tego nikomu,
Hej hej, mocne Bogi tego nikomu.
A jak wyjdzie matka stara będzie się pytać,
Hej hej, mocne Bogi będzie się pytać:
Oj ty koniu, koniu kary gdzie mój syn młody?
Hej hej, mocne Bogi gdzie mój syn młody?
Nie powiadaj kary koniu żem ja utonął,
Hej hej, mocne Bogi żem ja utonął.
Tylko powiedz kary koniu żem się ożenił,
Hej hej, mocne Bogi żem się ożenił.

Moje żenienie - w wodzie tonie
Moje wesele - woda i ziele
A żona młoda - ta bystra woda
A starostowie - w stawie rakowie
A starościna - na stawie trzcina
Moi swatowie - w stawie ślizowie
Moja pierzyna - w stawie szelina
Moje poduszki - w stawie kamuszki


Żywa woda

Niesiem plon

Wiosenna wodo magiczna, tyś życiodajna tyś czysta,
Choć twoim łożem muł i kamienie,
Dajesz nam życie, ożywiasz ziemię.

Płyniesz do morza daleko, poisz po drodze każdego,
Choć twoim łożem muł i kamienie,
Dajesz nam życie, ożywiasz ziemię.

A w twojej toni wodnik śpi, wiosenny piorun go zbudzi,
Zbudzi ten wodnik wodnice
Wiły, brzeginie, topice.

Zatańczą tobie boginki, na skraju cichej dolinki,
Choć twoim łożem muł i kamienie,
Dajesz nam życie, ożywiasz ziemię.

Łzy kryształowe w sobie masz, choć brudy zmywasz cały czas,
Płyniesz nie tracąc wcale sił,
Uczyń by każdy takim był.


Kalina

Niesiem plon

Czego kalino w dole stoisz,
Czy ty się letniej suszy boisz?
Pewno bym ja tu nie stojała,
Gdybym się suszy nie bojała.

Wędruj kalino w ten ciemny las,
Zaśpiewa ci tam słowiczek w czas.
Słowiczek śpiewa a dziewka płacze
Dla ciebie miły wianek swój tracę.

Pozbyłam wianka rucianego,
A nabyłam żyjącego.

Wjeżdża braciszek w podwóreczko
Wtem zapłakało dzieciąteczko

Czyje to dziecię siostro płacze?
- mej sąsiadeczki panie bracie
Sąsiadeczka mnie uprosiła,
Bym jej dzieciątko ponosiła.

Podaj mi chłopcze ten ostry miecz,
To zetnę siostrze swej główkę precz.

Ale dzieciątko choć niemowlę było
Tak do wujaszka przemówiło:
- Którz mnie wujaszku teraz przytuli
Gdy dzwony grają już mej matuli?
Twoja wujaszku żona chodzi,
Mi się matula nie urodzi.


Jaryło

Mała nocka

Włóczył się Jaryło,
Po całym świecie.
Rodził żyto w polu,
Płodził ludziom dzieci.
A gdzie on nogą,
Tam żyto kopą.
A gdzie on na ziarnie,
Tam kłos zakwitnie.


Kupalnocka

Mała nocka

Kupalnocka, mała nocka, sobótka się paliła,
Tańcowali przy niej chłopcy
Hej aż do białego dnia.
Żywy ogień mrok rozświetlał,
Czysty płomień, boski żar
A ten kto przez niego skoczy
Czystą duszę będzie miał.

Kupalnocka, mała nocka, sobótka się paliła,
Poszła panna nad brzeg wody
Wieniec z ziela skleiła
Święta wodo ja cię proszę,
Nieśże mój wianeczek w dal,
Który złowi go młodzieniec,
Temu serce swoje dam.

Kupalnocka, mała nocka, sobótka się paliła,
Pełna magii noc nastała,
Tańczy ogień i woda.
Zabaw wiele, bo wesele
I magiczna święta noc
Złe uroki nie działają,
Ziele ma największą moc.


Dzisiaj wieczór krótki

Mała nocka

Dzisiaj wieczór krótki zapalmy Sobótki,
Hej dziewki wybrane bylem przepasane,
Tańcujcie na dworze aż do rannej zorze,
Aże do świtania, ale nie bez grania.

Hej grajki wybrane bylem przepasane,
Dudy niechaj zabrzmią, kotły, trąby zabrzmią,
Niech skrzypią skrzypeczki, piszczą piszczałeczki,
W bęben niechaj biją, miód i piwo piją.

Hej chłopcy wybrane bylem przepasane,
Z dziewkami skakajcie, pożar rozpalajcie,
Hej kładąc świerkowe drewno, cisowe,
Palmy dziś Sobótki bo już wieczór krótki.


Jadą goście jadą

Mała nocka

Jadą goście jadą, koło mego sadu,
Do mnie nie zajadą, bo nie mam posagu.

Choć nie mam posagu ani swego domu,
Jeszcze mnie matula nie da lada komu.

Panieńska uroda jak ta bystra woda,
Przepłynie, przeminie, czy ci lat nie szkoda?

Tobie świeci miesiąc,
A mnie świecą gwiazdy.
Ciebie kocha jedna,
A mnie kocha każdy.


Hej na wzgórze

Mała nocka

Hej na wzgórze na to wzgórze
Nocel mała kopiel moja
Tam dziewczęta się schodziły
Nocel mała kopiel moja
Sobie ogień nałożyły
Nocel mała kopiel moja
Tam ich północ ciemna naszła
Nocel mała kopiel moja
Tam na górze ogień gore
Nocel mała kopiel moja
Na tej górze dwoje drzewa
Nocel mała kopiel moja
Dwoje drzewa boże drzewa
Nocel mała kopiel moja
Bo dziś Słońce święto miewa
Nocel mała kopiel moja


Do ognia Pani

Mała nocka

Do ognia pani, do ognia
A która wyszła to godna.

Ta pani co wyszła, to godna,
To gospodyni nadobna.
A my jej dary darujem,
Z różyczką wianek uwijem.

Wieje wiatreczek od wschodu,
A to ze wschodu letniego,
Oj puścież wy nam jednego,
Syna Augusta naszego.

A my mu dary darujem,
Z leluji wianek uwijem.
Przyjmij najmilszy ten to dar,
Abyś ty u nas zdrów bywał.

Do ognia, pani, do ognia,
A która wyszła, to godna

Ta pani to sama nie wyszła,
Ani swych dzieci nie dała,
To wiedźma była to istna,
To czarownica doistna.

A my jej dary darujem,
Z czego jej wianek uwijem?
Z ciernia jej wianek uwijem.